Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 marca 2013

108. Nie może być za dobrze

Także ten tego jakieś kilka dni po napisaniu posta było równie dobrze. Potem miesiączka sprawiła, że 5 dni wolałabym wyciąć ze swojego kalendarza. Taki, kurcze, ból jakiego już dawno, baaaardzo dawno nie czułam. Dzień czy dwa było w normie tzn wróciłam do świata żywych i w nagrodę rozłożyła mnie grypa. W sobotę wróciłam z korków i od tamtej pory siedzę w domu. Jestem pociągająca ;) Niby fajnie, że mam wolne od uczelni (zwłaszcza że ferii nie miałam), ale co z tego skoro odpoczynkiem nazwać się tego nie da... Bardzo źle sypiam, przedwczoraj zasnęłam po pierwszej, by obudzić się o szóstej, wczoraj zasnęłam koło piątej nad ranem. Rozbija mnie to, bo już weszłam w rytm regularnego chodzenia spać, a tu taka klapa. No i ominęło mnie jedno kolokwium, które będę musiała jakoś nadrobić :/ Jutro już idę na uczelnie, bo, niestety, ale nie mogę sobie pozwolić na to by mnie na tych ćwiczeniach nie było. Całym plusem tego wszystkiego jest to, że pooglądałam trochę lekkich filmów, na co dawno nie miałam ani czasu ani zbytniej ochoty... Poszło: For a Good Time, Call..., Celeste and Jesse Forever, Smashed, Struck by Lightning. Polecam dwa ostatnie jakby się komuś nudziło. No i rozwiązałam sudoku, które przezornie zakupiłam w sobotę. 3 zł, a jak cieszy :)

wtorek, 24 lipca 2012

81. Jestem rozmemłana...

Kluska.

Jestem rozmemłana, jak rozgotowana kluska... Na szczęście do kluski mi daleko :-). Coś ostatnio ze mną nie tak. Mam cholernie mało energii, wszystko mi obojętne. Nie chce mi się nigdzie iść, jednak czasem idę... Ale... Idę czy nie, nieważne. Zrobię to czy tamto, nieważne. Przeczytam czy obejrzę coś, nieważne. Spotkam się z kimś czy nie, nieważne. Boże, brzmię, jakbym miała jakąś chandrę, a tak nie jest. Po prostu wszystko mi powszednieje. Żyję w swoim światku, do którego wstęp mam tylko ja. Wszystko inne jest gdzieś obok. Nadal blisko, ale obok. No i do tego może jeszcze jakoś łatwiej się złoszczę. Ale ja zawsze byłam złośnicą. Upartą, wredną, wbijającą szpile, tak po cichu i nieznacznie...

Samochodem... prosto do szpitala.

Dziadek w szpitalu. O, z tym to się wiąże kilka śmiesznych historii. Siostra trzeci raz nie zdała prawka, więc nastroje nieco mniej optymistyczne. Nie zanosi się, żebym ja zdała szybciej i pewnie byłabym przerażona, gdyby nie to, że... no właśnie nieważne! Kuźwa, nic mnie nie obchodzi. I trochę mi z tym źle. Ale tylko troszeczkę.

Marzenie ściętej głowy.

No a poza tym wszystkim, to będę przesłuchiwana. Przez prawdziwego policjanta w prawdziwym niebieskim wdzianku, ciemnych spodniach z jasnym paskiem i krótkim czarnym krawatem. Może nawet pistolet gdzieś będzie? :D Albo chociaż atrapa... No musi coś być, prawda?
Chociaż... Kiedyś wychodziłam z jednych galeryjskich sklepów. Bramka zapiszczała, więc ochroniarz przeszedł przez nie z moją torebką - nie piszczało, później przeszłam ja - nie piszczało, później przeszłam ja i torebka - i piszczało. :D Dziwnie na siebie oddziałujemy? Niemniej miły Pan powiedział, że mogę sobie iść. To poszłam... Znaczy nie poszłam, bo najpierw stanęłam zaskoczona i zawiedziona powiedziałam "tak już...?". No co, liczyłam na więcej... I Pan wytłumaczył co może być nie tak i wreszcie sobie poszłam. Mocno rozczarowana, żeby nie było wątpliwości. :-)

Leniwa wyobraźnia.

W ostatnim czasie oglądam mnóstwo filmów i czytam nieco mniej książek. No nie do końca tak, bo w trzy dni pochłonęłam dwie po 400 stron, ale na szerszą skalę czytam mniej i oglądam dużo więcej. Czyżby moja wyobraźnia chciała odpocząć i teraz woli mieć wszystko podane na tacy? Nie wiem... Ale jak macie do polecenia jakieś filmy, to śmiało podawajcie.

Szok na kółkach.

Słyszeliście może o rodzicach, którzy zostawili swoją dwuletnią córeczkę gdzieś na lotnisku i zwiali, bo mała miała nieważny dokument i nie mogła lecieć z nimi na wakacje? Co się z tymi ludźmi dzieje... Szczerze mówiąc, nic nie rozumiem...

Zakończenie.

Zlepiłam ze sobą kilka tematów, stąd podtytuły. Jakoś tak lepiej to chyba wygląda niż zwykłe zlewające się tematy, które ostatnio nagminnie tu powstawały.
Tymczasem trzymajcie się w miarę chłodno i korzystajcie z ładnej pogody.

sobota, 30 czerwca 2012

77. Noc Kina

Wczorajszego wieczoru wybrałam się do Wielkiego Miasta. Multikino organizowało nocny maraton filmowy. Pierwszy w moim życiu. Spośród 10 filmów można było wybrać trzy, które leciały od 23 do 5:30. Świetna sprawa. Choć ludzi tłum.

Na pierwszy ogień poszedł film pt. "Nietykalni". Opowiada on o chłopaku spod ciemnej gwiazdy, który opiekował się niepełnosprawnym mężczyzną - milionerem. Piękna historia o tym jak wiele ludzie mogą dać z siebie innym w sytuacjach, które zupełnie na takie nie wyglądają. A do tego opowiedziana w taki sposób, by zamiast smutku wywoływać śmiech i radość. Piękny film o przyjaźni, który zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Wychodząc z sali nie mogłam wrócić do swojego życia i myślę, że za jakiś czas powrócę do niego ponownie. Polecam i Wam, bo naprawdę warto. Przez półtorej godziny uśmiech nie schodzi z twarzy. W sali kinowej ludzie siedzieli na schodach, bo nie chcieli iść na inne filmy. Czy trzeba dodawać, że film jest produkcji francuskiej? :-)

Po wyjściu z pierwszego seansu biegiem do kas po popcorn i colę, ponieważ była już 1:30 i żołądek domagał się pożywienia. Co ciekawe w czasie seansu nie została zjedzona nawet połowa... Dlaczego? Drugi seans nosił tytuł "Przetrwanie". W skrócie: samolot, katastrofa, Alaska, ośmiu ocalałych i... wilki-ludojady. Jak dla mnie w tym filmie było mnóstwo drastycznych scen, może nawet zbyt obrazowo pokazanych. Ale myślę, że głównie dlatego i ten film bardzo mi się spodobał. Czułam się jakbym była postronnym obserwatorem, który śledzi wydarzenia z boku, a jednocześnie przeżywa doświadczenia każdej osoby z osobna. Dziwny, bardzo dziwny film... Wzbudził we mnie strach. I pamiętam, że w trakcie pomyślałam: "gdybym ja była na ich miejscu, wolałabym dołączyć do 117 zmarłych pasażerów niż do ocalałej ósemki". Polecam.

Ostatni film, na którym spokojnie można było dokończyć jedzenie popcornu ;-), był "Mój tydzień z Marilyn". Wynudziłam się na nim, a może to wina pory, ponieważ oglądałam go prawie o 4 nad ranem? Nie wiem... Wiem tylko, że miałam ochotę strzelić Marilyn w łeb lub jakoś nią wstrząsnąć. I trochę żałowałam, że nie wybrałam "Człowieka na krawędzi".

W domu byłam o 7, rzuciłam się na łóżko, ponieważ wstać miałam o 8:15. Wstałam o 10. ;-) O wiele za późno. Nie zrobiłam tego, co miałam zrobić... Zabrałam się więc za sprzątanie pokoju, skończyłam czytać książkę w łóżku, później opiekowałam się małym kuzynem i tak zrobiła się 19:00. Znów miałam jechać na noc do Wielkiego Miasta, ale zrezygnowałam.

Umieram z gorąca.

sobota, 28 stycznia 2012

50. Panna S. i pochodne

Wraz z pierwszym odważnym śniegiem w progi mego jestestwa zawitała Panna Sesja. Wyciągnęła łapki w mą stronę, odrzuciła kokieteryjnie główkę i z uśmiechem na ustach powiedziała "witaj!". Rozpanoszyła się wokół mnie na dobre, rozpylając zapach swych perfum wszędzie, gdzie tylko zdołała się dostać. Ale nie! Nie dajcie się zwieść jej niewinnej mince, kokieteryjnych oczach i niedbale rozpuszczonych włosach... Bowiem Panienka ta, sprawiająca wrażenie pięknej dziewoi, w rzeczywistości jest wredną, starą czarownicą. A brak snu, który notorycznie przy Pannie towarzyszy, wcale nie jest skutkiem szalonych zabaw i niegroźnych szaleństw... Jak te pozory potrafią zmylić...

Pierwszy egzamin za mną. Katastrofa. Katastrofa, której się spodziewałam. Nie powiem, że nie... Ale jakoś żal, że tyle pracy i wysiłku włożyłam w ten semestr... Przede mną kolejne egzaminy, które zapowiadają się jeszcze gorzej od pierwszego. Nie poddam się i zrobię tyle, ile się da. Choć czuję, że pójdzie to na marne... Wiedziałam, że tak to się skończy; że najprawdopodobniej wylecę przy pierwszej nadarzającej się okazji. To i tak cud, że z wszystkich przedmiotów zostałam dopuszczona do pierwszego terminu... Ale co z tego skoro moja przygoda z tą uczelnia, a raczej tym kierunkiem, powoli dobiega do końca? Powoli? Co ja mówię - bardzo szybko. Biegnie sprintem! Jednak miałam czas na pogodzenie się z tą sytuacją i nie jest źle. Nie aż tak, jak myślałam, że będzie.

Z początkiem nowego tygodnia idę do szkoły zgłosić chęć poprawy matury. Wiele osób pewnie zapyta, na co mi to? Cóż, wyznaczyłam sobie nowe cele, skoro poprzedni plan zawiódł. W przyszłym roku zacznę nowe studia, z pewnością prostsze od tych, na których jestem teraz. Nie żałuję, że jestem, gdzie jestem. Pewnie gdybym nie spróbowała, do końca życia miałabym do siebie żal... Ale nie nadaję się do tego, czym teraz się zajmuję - czuję to. Studiowanie nie sprawia mi żadnej przyjemności. Jest tylko ulga, kiedy od czasu do czasu okazywało się, że coś potrafię. Ale to za mało... dużo za mało... Dlatego od przyszłego roku akademickiego zaczynam coś innego, gdzieś indziej. Mam nadzieję, że tym razem nie chybię...

Wracając do matury - chcę ją poprawić wcale nie dlatego, by mieć lepsze wyniki na papierku. No dobrze, na pewno sprawą pozytywną będzie fakt posiadania lepszych cyferek, ale szczerze mówiąc nie jest to dla mnie zbyt ważne... Po prostu stwierdziłam, że skoro wylecę, to musze czymś się zając przez te pół roku, prawda? Przecież nie będę siedzieć i nic nie robić, bo chyba by mnie szlag trafił (albo insze cholerstwo). Bojąc się także o swoje szare komórki, musze je czymś pobudzać, mieć jakąś motywację do odrobiny nauki, co by nie okazało się potem, że po tak długiej przerwie, nie jestem w stanie zebrać się w sobie do ponownej nauki. Szaleć znowuż też nie będę - ot od czasu do czasu coś tam się poduczę i będzie ok.

Kolejny cel obejmuje zapisanie się na prawko. Raz wsiadłam za kierownicę i czuję, że to właśnie TO! Kto by pomyślał, prawda? Na pewno nie ja :) Oczywiście, strach nadal jest i pewnie będzie nawet po zdaniu, ale powiedzcie... z ręką na sercu... kto go nie odczuwa? Wiosna tuż, tuż, śnieg stopnieje, zaświeci słoneczko, zero duchoty ani przenikającego wskroś zimna - idealny czas na jazdy. Jest jeszcze jeden plan, który chciałabym ziścić, jednak zawsze był odkładany z powodu braku czasu. A mianowicie chodzi o naukę pewnego języka. Języka, którego zawsze chciałam się nauczyć i, z którym miałam okazję się zaznajomić przez króciutką chwilę. W międzyczasie pewnie pójdę do pracy tu i tam, by zarobić na te czy inne plany. A od października życie popłynie utartym schematem, czy jak kto woli pierwotnym planem na życie.

A teraz wracam do filmu: "O północy w Paryżu". W taki dzień jak ten, zimny i wietrzny, preferuję rozrywkę w czterech ścianach zacisza domowego. Na samo wspomnienie dzisiejszego poranka i hulającego wiatru, głowa boli jakbym to teraz stała i dostawała nim prosto w twarz - i przy okazji wszędzie, gdzie zdoła whulać. Tymczasem zapraszam na ciekawą recenzję filmu <KLIK> i naturalnie, pozdrawiam cieplutko.