Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cele. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cele. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 marca 2012

56. Wiadomości z frontu

Stało się tak, jak przewidywałam. Wyleciałam. Smutne, że razem ze mną połowa roku. Ciągła rotacja robi swoje, przetrwają tylko najsilniejsi. I pomyśleć, że sama sobie taki kierunek wybrałam wiedząc, jak będzie. I pomyśleć, że oprócz mnie zrobiło tak kilkaset osób.

Szaleńcy? :) Ja bym to nazwała przekorą, chęcią spróbowania, sprawdzenia się.

Ok, nie podołałam, ale jaka satysfakcja z tego, ile rzeczy musiałam przezwyciężyć? Owszem, stracę rok, będę do tyłu, za rówieśnikami... Być może kiedyś będę żałować tego, co zrobiłam... Ale gdybym nie zrobiła, wiem to, miałabym potworne wyrzuty sumienia. Dzięki temu szaleństwu (inaczej się tego nazwać nie da...), wiem już w jakim kierunku chciałabym pójść. I wiem, że wcześniejsze decyzje, te sprzed ubiegłorocznej matury - były błędne. Wiem, że gdybym wybrała łatwiejsze studiowanie, byłabym zawiedziona. Ot, uroki chęci robienia kilku rzeczy na raz i, co ciekawsze, posiadania do tego... ja wiem, daru?

Koniec tego. Zmieniłam swoje życie, przewartościowałam. I, co najważniejsze, wreszcie odpoczęłam. Mam plany, marzenia, czas dla siebie... Idzie do przodu, mam nadzieję, że w dobrym kierunku.
Dzisiaj chaotycznie; jutro lub wkrótce, kiedy znajdę czas, postaram się napisać nieco więcej.

sobota, 28 stycznia 2012

50. Panna S. i pochodne

Wraz z pierwszym odważnym śniegiem w progi mego jestestwa zawitała Panna Sesja. Wyciągnęła łapki w mą stronę, odrzuciła kokieteryjnie główkę i z uśmiechem na ustach powiedziała "witaj!". Rozpanoszyła się wokół mnie na dobre, rozpylając zapach swych perfum wszędzie, gdzie tylko zdołała się dostać. Ale nie! Nie dajcie się zwieść jej niewinnej mince, kokieteryjnych oczach i niedbale rozpuszczonych włosach... Bowiem Panienka ta, sprawiająca wrażenie pięknej dziewoi, w rzeczywistości jest wredną, starą czarownicą. A brak snu, który notorycznie przy Pannie towarzyszy, wcale nie jest skutkiem szalonych zabaw i niegroźnych szaleństw... Jak te pozory potrafią zmylić...

Pierwszy egzamin za mną. Katastrofa. Katastrofa, której się spodziewałam. Nie powiem, że nie... Ale jakoś żal, że tyle pracy i wysiłku włożyłam w ten semestr... Przede mną kolejne egzaminy, które zapowiadają się jeszcze gorzej od pierwszego. Nie poddam się i zrobię tyle, ile się da. Choć czuję, że pójdzie to na marne... Wiedziałam, że tak to się skończy; że najprawdopodobniej wylecę przy pierwszej nadarzającej się okazji. To i tak cud, że z wszystkich przedmiotów zostałam dopuszczona do pierwszego terminu... Ale co z tego skoro moja przygoda z tą uczelnia, a raczej tym kierunkiem, powoli dobiega do końca? Powoli? Co ja mówię - bardzo szybko. Biegnie sprintem! Jednak miałam czas na pogodzenie się z tą sytuacją i nie jest źle. Nie aż tak, jak myślałam, że będzie.

Z początkiem nowego tygodnia idę do szkoły zgłosić chęć poprawy matury. Wiele osób pewnie zapyta, na co mi to? Cóż, wyznaczyłam sobie nowe cele, skoro poprzedni plan zawiódł. W przyszłym roku zacznę nowe studia, z pewnością prostsze od tych, na których jestem teraz. Nie żałuję, że jestem, gdzie jestem. Pewnie gdybym nie spróbowała, do końca życia miałabym do siebie żal... Ale nie nadaję się do tego, czym teraz się zajmuję - czuję to. Studiowanie nie sprawia mi żadnej przyjemności. Jest tylko ulga, kiedy od czasu do czasu okazywało się, że coś potrafię. Ale to za mało... dużo za mało... Dlatego od przyszłego roku akademickiego zaczynam coś innego, gdzieś indziej. Mam nadzieję, że tym razem nie chybię...

Wracając do matury - chcę ją poprawić wcale nie dlatego, by mieć lepsze wyniki na papierku. No dobrze, na pewno sprawą pozytywną będzie fakt posiadania lepszych cyferek, ale szczerze mówiąc nie jest to dla mnie zbyt ważne... Po prostu stwierdziłam, że skoro wylecę, to musze czymś się zając przez te pół roku, prawda? Przecież nie będę siedzieć i nic nie robić, bo chyba by mnie szlag trafił (albo insze cholerstwo). Bojąc się także o swoje szare komórki, musze je czymś pobudzać, mieć jakąś motywację do odrobiny nauki, co by nie okazało się potem, że po tak długiej przerwie, nie jestem w stanie zebrać się w sobie do ponownej nauki. Szaleć znowuż też nie będę - ot od czasu do czasu coś tam się poduczę i będzie ok.

Kolejny cel obejmuje zapisanie się na prawko. Raz wsiadłam za kierownicę i czuję, że to właśnie TO! Kto by pomyślał, prawda? Na pewno nie ja :) Oczywiście, strach nadal jest i pewnie będzie nawet po zdaniu, ale powiedzcie... z ręką na sercu... kto go nie odczuwa? Wiosna tuż, tuż, śnieg stopnieje, zaświeci słoneczko, zero duchoty ani przenikającego wskroś zimna - idealny czas na jazdy. Jest jeszcze jeden plan, który chciałabym ziścić, jednak zawsze był odkładany z powodu braku czasu. A mianowicie chodzi o naukę pewnego języka. Języka, którego zawsze chciałam się nauczyć i, z którym miałam okazję się zaznajomić przez króciutką chwilę. W międzyczasie pewnie pójdę do pracy tu i tam, by zarobić na te czy inne plany. A od października życie popłynie utartym schematem, czy jak kto woli pierwotnym planem na życie.

A teraz wracam do filmu: "O północy w Paryżu". W taki dzień jak ten, zimny i wietrzny, preferuję rozrywkę w czterech ścianach zacisza domowego. Na samo wspomnienie dzisiejszego poranka i hulającego wiatru, głowa boli jakbym to teraz stała i dostawała nim prosto w twarz - i przy okazji wszędzie, gdzie zdoła whulać. Tymczasem zapraszam na ciekawą recenzję filmu <KLIK> i naturalnie, pozdrawiam cieplutko.

piątek, 26 sierpnia 2011

23. Dziwnie mi

Byłam tam, jestem tu.

Nie potrafię się przyzwyczaić, wrócić do starego rytmu.

Chcę żyć, czuć, chłonąć jak najwięcej.

Chcę być.



Spróbuję :)

czwartek, 11 sierpnia 2011

21. Kim jesteś i dokąd zmierzasz?

Ostatnio często dopadają mnie myśli na temat przyszłości. Nie tyle mojej, co ogólnie. Przyszłość - dziwna to sprawa. Mamy plany, marzenia i cele, a i tak niewiele z tego wynika... Jasne, pięknie jest kiedy wszystko się spełnia tak, jak chcemy, ale... ale tak nigdy nie jest... Nie znam ani jednego człowieka, któremu spełniłoby się wszystko, co tylko zechce. Czy to powód do zmartwień? Szczerze mówiąc, nie sądzę. Wydaje mi się, że każdy z nas dostaje kapkę szczęścia, tyle że nie każdy potrafi to dostrzec i docenić...

Nigdy nie przyznam racji osobom, które mówią, że każdy na stracie ma tak samo. O, nie. Wielu ludzi, by coś osiągnąć musi starać się bardziej od innych. Czy to złe? Nie wydaje mi się... Dzięki tym różnicom każdy z nas jest inny, niepowtarzalny, wyjątkowy. Różnimy się, ale to dobrze. Każdy człowiek ma przy sobie bagaż swoich doświadczeń, każdy żyje inaczej, ma inny wgląd na swoje istnienie.

Pamiętam jak kiedyś podziwiałam ludzi, którzy od zawsze wiedzieli kim chcą być, co chcą w życiu robić, osiągnąć. Mi już ciężko marzyć i robić plany... Gdzieś tam w głębi serca wiem jak powinno wyglądać moje jestestwo, wiem czego pragnę. Jednak boję się tych myśli... Dziwne, prawda? Bać się marzeń... Ale to prawda. Tak jest i już, nieważne co inni o tym sądzą i czy uznają to za głupie. Wiem czym podyktowany jest ten strach i czemu tak długo we mnie siedzi. A to najważniejsze.

Nie da walczyć się z czymś, kiedy nie zna się tego przyczyn. Ja znam, ale czy walczę? Chyba nie... Teraz nie. Zbyt mało we mnie wiary, że jest szansa na spełnienie moich marzeń, planów. Nie mówię, że nie... że nigdy się nie uda... Po prostu teraz o tym nie myślę. Skoro w tej chwili nie ma na nie szansy, to poczekam do czasu aż takowa się nadarzy :) I dopiero wtedy zacznę działać.

Niektórzy mówią, że marzenia powinny być stawiane sobie z rozsądkiem. Może mają rację... Tyle że ja tak nie umiem. Dla mnie pragnienia to nie nagłe "bach!" i jest. One są od dawna, kształtują się i rosną wraz z nami, po to by - kiedy nadejdzie odpowiednia chwila - naturalnie wypłynąć na powierzchnię i dać znać, że to TEN czas. Mój jeszcze nie nadszedł, ale kto wie - może kiedyś. Może.

Wiem, że to co tu dziś wypisałam brzmieć może sprzecznie i bardzo chaotycznie. Wiem. I nie oczekuję, że ktokolwiek zrozumie to tak, jak trzeba. Myślę, że jeśli ktoś to przeczyta i nasunie się jakaś refleksja, to będzie ona skierowana raczej do siebie, swojego życia, niźli mojego. I dobrze. Moje życie jest moje, Wasze jest Wasze - pamiętajmy o tym.

Dziś puenty nie będzie, a jedyne o czym pragnę jeszcze napisać to abyście pomyśleli o tym, jak chcielibyście żyć za 10 lat - a potem starali się robić wszystko, by za dekadę móc powiedzieć sobie: "tak, jestem szczęśliwym człowiekiem".