Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 lipca 2012

78. Lipcowy dekalog

"Kto w lipcu patrzy chłodu, nacierpi się w zimie głodu."

1. Siedzę przed komputerem i popijam kawkę. Cappuccino - dawno go nie piłam... Nie smakuje mi... A taką miałam ochotę na coś słodkiego, co nie jest czekoladą ani batonikiem.

2. Siostra jutro zdaje prawo jazdy. Drugi raz. Najpierw jedziemy do Wielkiego Miasta, po czym autokarem udajemy się do Mniejszego Miasta, które oddalone jest od nas ok. 100 km. Tak zdecydowała i tam chce zdawać.

3. Ja planuję w Wielkim Mieście, bo jest bliżej. Będzie mi trudniej, ale coś za coś.
W ogóle z tym prawkiem to jakiś kosmos jest. Nie umiem jeździć. Nie i już. Myślałam, że będzie lepiej, a tu już koniec i nic nie wychodzi... Nie zliczę ile razy zostałam zwyzywana na drodze albo coś podobnego. Na szczęście mam taki charakter, że uwalam takich gości. Podśmiechuję się z nich myśląc, że są tacy wredni, bo... baba im nie dała. ;] Wiem, wiem okropna jestem. A, i przejechałam swojego instruktora. Ale tylko raz...

4. Pamiętacie, że pracowałam? Kasy nie dostanę... Wydałam 200 zł na dojazdy do Wielkiego Miasta, rodzice również dorzucili się do interesu, i co? I wielkie gówno, za przeproszeniem... Mam nadzieję, że ch*** autobus przejedzie. Albo nie autobus, bo kierowca mógłby mieć wyrzuty sumienia, że zabił człowieka... Niech więc go meteoryt pierdolnie tak mocno, jak potrafi, albo niech spłonie w pożarze swojej nowej hacjendy (którą, notabene, wybudował tak szybko, ponieważ nie wypłaca ludziom pensji). Niech go najlepiej ch** strzeli, i poprawi.

5. Wierzę, że "los nierychliwy, ale sprawiedliwy". Przepraszam za wulgarność dzisiejszej notki, ale nie mam nastroju na szukanie poprawnych politycznie słów...

6. Lato, wakacje, a ja co? Kurczę, przecieknie mi ten czas, jak tak dalej pójdzie...

7. Swoją drogą złożyłam swoją kandydaturę na dwie uczelnie w Wielkim Mieście. Mam za mało punktów, aby dostać się na wymarzoną uczelnię, więc złożyłam na inną i dodatkowo na politechnikę. ;) Co  ja tam będę robić (w sensie, że na polibudzie), nie wiem, ale pewnie i tak się nie dostanę, więc o tym nie myślę. W każdym razie zawsze zostaje pierwsza uczelnia. Prędzej czy później, mam nadzieję, że dostanę się na kierunek, który najbardziej mi odpowiada. Chciałabym, aby nastąpiło to jak najszybciej, najlepiej jeszcze w lipcu, ale zobaczymy...

8. Ostatnio jestem jakaś smutna... Chcę coś zrobić, ale nie wiem co...

9. No i odwiedziłam lekarza. Po ponad dwóch latach byłam w przychodni pierwszy raz. Pierwszy raz zobaczyłam swoją lekarkę. Jestem wymarzonym pacjentem. ;)
Wyniki krwi wyszły nawet dobrze. Dostałam tylko zalecenie połykania jednej tabletki dziennie, magnez i witamina B6. Trzeba wyrównać wszystkie elementy. Lekarka wypytała mnie o choroby genetyczne w rodzinie, ponieważ miała jakieś podejrzenie. Wykonała kilka badań, kilka rzeczy poobserwowała i właściwie tyle... Mam się bać?
Oprócz tego zostałam wysłana na badania EKG. Trzeba było się rozebrać prawie do rosołu. Nie wiem czemu niektóre dziewczyny tak strasznie boją się takich badań i nie chcą na nie chodzić... Przecież tu chodzi o zdrowie, a nawet życie, a lekarz czy pielęgniarka widzi pewnie 30 biustów dziennie. No dobra przesadzam. Ale rozumiecie o co chodzi?
Czekam teraz na wyniki i będzie kolejna, trzecia już wizyta u "doktorki". Ciekawe co tym razem wyjdzie ciekawego.
No i oprócz tego całego zamieszania wyrabiam sobie książeczkę sanepidowską (kiedyś trzeba...), a w połowie lipca wizyta u pulmonologa. Zobaczymy...

10. No i to już koniec kolejnej chaotycznej notki. Znowu wyszła ze mnie maruda... :)

sobota, 10 marca 2012

57. Wiadomości z frontu - ciąg dalszy

Zapisując się na maturę dobrałam sobie pewien ciężki przedmiot w postaci rozszerzonej :] Teraz kwiczę i myślę, jak to wszystko poukładać, aby zdążyć się nauczyć... i zdać? I to bardzo dobrze zdać!
Zostało mi jakieś półtora miesiąca. Dużo? Przekoszmarnie mało...

Daję korepetycje od dwóch tygodni pewnemu dzieciakowi. Pierwszy raz dostał 4 z tego przedmiotu. Po tygodniu korepetycji ze mną.
Czuję się dumna ;)
Dzieciak elokwentny, mądry, ale leniwy. Jeszcze wyjdzie na ludzi :)

Zapisałam się na prawko. Pierwsze zajęcia teoretyczne za mną. Nie chciałam czekać, więc zaczęłam je od środka. I tak, wiem już coś o jeździe, parkowaniu, światłach itp., ale nie znam znaków ani budowy pojazdu. Zapowiada się ciekawie :)

Gdy tylko dowiedziałam się o wylotce znalazłam sobie dorywczą pracę "na chwilę". W międzyczasie znalazłam chętnych na korepetycje. Zrezygnowałam z pierwszej pracy, zapisałam się na kurs. Wymyśliłam nowy sposób na zarobek, więc dziś zajęłam się nim.

Jestem w ciągłym ruchu. Nie mam czasu na czytanie książek. A myślałam, że nadgonię ostatnie pół roku, kiedy to przeczytałam jedną, może dwie pozycje... Pieniądze - fakt, przydadzą się. Ale potrzebuję też trochę czasu dla siebie... Muszę coś wymyślić.

Wracając do matury. Prawko i korki (plus przygotowanie się do nich) zajmują mi większość część tygodnia, w niedzielę chcę sobie odpocząć, także nawet nie mam kiedy się uczyć... Przynajmniej na razie. Dopiero za dwa tygodnie zwolni się jeden dzień w tygodniu, więc wepchnę w niego naukę. Obawiam się jednak, że to za mało. O wiele za mało... Dlatego jest to kolejna rzecz, którą muszę obmyślić.

Dzień Kobiet... kwiatki, czekoladki i życzenia. Odfajczone wszystkie trzy.
Spotkała mnie niespodzianka. Pan Y o mnie pamiętał. Dostałam od niego życzenia... Nie wiem co o tym myśleć? Zważywszy na fakt, jak to między nami było... Hmm... ciekawe, bardzo ciekawe.

Zrobiłam dziś wielkie porządki. Uzbierały się trzy reklamówki rzeczy, w których nie chodzę i raczej już nie będę chodzić. Mając je koło siebie zastanawiam się gdzie ja je zmieściłam w mojej szafie?
Raz po raz otwieram ją i zrozumieć nie mogę, czemu, do jasnej ciasnej anielki, po opróżnieniu szafy ze zbędnych ubrań, miejsca jakoś wcale nie przybyło? Czyżbym miała za szafą magiczną dziurę, w której wcześniej mieściły się wszystkie te szpargały zwane ciuchami?
Niech mnie ktoś oświeci. Błagam!

Tymczasem pozdrawiam wiosennie... z kroplami deszczu za oknem... Tak, tak, piękną mamy pogodę.

Czekam na wiosnę. Wiosną zawsze łatwiej żyć.

poniedziałek, 5 marca 2012

56. Wiadomości z frontu

Stało się tak, jak przewidywałam. Wyleciałam. Smutne, że razem ze mną połowa roku. Ciągła rotacja robi swoje, przetrwają tylko najsilniejsi. I pomyśleć, że sama sobie taki kierunek wybrałam wiedząc, jak będzie. I pomyśleć, że oprócz mnie zrobiło tak kilkaset osób.

Szaleńcy? :) Ja bym to nazwała przekorą, chęcią spróbowania, sprawdzenia się.

Ok, nie podołałam, ale jaka satysfakcja z tego, ile rzeczy musiałam przezwyciężyć? Owszem, stracę rok, będę do tyłu, za rówieśnikami... Być może kiedyś będę żałować tego, co zrobiłam... Ale gdybym nie zrobiła, wiem to, miałabym potworne wyrzuty sumienia. Dzięki temu szaleństwu (inaczej się tego nazwać nie da...), wiem już w jakim kierunku chciałabym pójść. I wiem, że wcześniejsze decyzje, te sprzed ubiegłorocznej matury - były błędne. Wiem, że gdybym wybrała łatwiejsze studiowanie, byłabym zawiedziona. Ot, uroki chęci robienia kilku rzeczy na raz i, co ciekawsze, posiadania do tego... ja wiem, daru?

Koniec tego. Zmieniłam swoje życie, przewartościowałam. I, co najważniejsze, wreszcie odpoczęłam. Mam plany, marzenia, czas dla siebie... Idzie do przodu, mam nadzieję, że w dobrym kierunku.
Dzisiaj chaotycznie; jutro lub wkrótce, kiedy znajdę czas, postaram się napisać nieco więcej.

sobota, 28 stycznia 2012

50. Panna S. i pochodne

Wraz z pierwszym odważnym śniegiem w progi mego jestestwa zawitała Panna Sesja. Wyciągnęła łapki w mą stronę, odrzuciła kokieteryjnie główkę i z uśmiechem na ustach powiedziała "witaj!". Rozpanoszyła się wokół mnie na dobre, rozpylając zapach swych perfum wszędzie, gdzie tylko zdołała się dostać. Ale nie! Nie dajcie się zwieść jej niewinnej mince, kokieteryjnych oczach i niedbale rozpuszczonych włosach... Bowiem Panienka ta, sprawiająca wrażenie pięknej dziewoi, w rzeczywistości jest wredną, starą czarownicą. A brak snu, który notorycznie przy Pannie towarzyszy, wcale nie jest skutkiem szalonych zabaw i niegroźnych szaleństw... Jak te pozory potrafią zmylić...

Pierwszy egzamin za mną. Katastrofa. Katastrofa, której się spodziewałam. Nie powiem, że nie... Ale jakoś żal, że tyle pracy i wysiłku włożyłam w ten semestr... Przede mną kolejne egzaminy, które zapowiadają się jeszcze gorzej od pierwszego. Nie poddam się i zrobię tyle, ile się da. Choć czuję, że pójdzie to na marne... Wiedziałam, że tak to się skończy; że najprawdopodobniej wylecę przy pierwszej nadarzającej się okazji. To i tak cud, że z wszystkich przedmiotów zostałam dopuszczona do pierwszego terminu... Ale co z tego skoro moja przygoda z tą uczelnia, a raczej tym kierunkiem, powoli dobiega do końca? Powoli? Co ja mówię - bardzo szybko. Biegnie sprintem! Jednak miałam czas na pogodzenie się z tą sytuacją i nie jest źle. Nie aż tak, jak myślałam, że będzie.

Z początkiem nowego tygodnia idę do szkoły zgłosić chęć poprawy matury. Wiele osób pewnie zapyta, na co mi to? Cóż, wyznaczyłam sobie nowe cele, skoro poprzedni plan zawiódł. W przyszłym roku zacznę nowe studia, z pewnością prostsze od tych, na których jestem teraz. Nie żałuję, że jestem, gdzie jestem. Pewnie gdybym nie spróbowała, do końca życia miałabym do siebie żal... Ale nie nadaję się do tego, czym teraz się zajmuję - czuję to. Studiowanie nie sprawia mi żadnej przyjemności. Jest tylko ulga, kiedy od czasu do czasu okazywało się, że coś potrafię. Ale to za mało... dużo za mało... Dlatego od przyszłego roku akademickiego zaczynam coś innego, gdzieś indziej. Mam nadzieję, że tym razem nie chybię...

Wracając do matury - chcę ją poprawić wcale nie dlatego, by mieć lepsze wyniki na papierku. No dobrze, na pewno sprawą pozytywną będzie fakt posiadania lepszych cyferek, ale szczerze mówiąc nie jest to dla mnie zbyt ważne... Po prostu stwierdziłam, że skoro wylecę, to musze czymś się zając przez te pół roku, prawda? Przecież nie będę siedzieć i nic nie robić, bo chyba by mnie szlag trafił (albo insze cholerstwo). Bojąc się także o swoje szare komórki, musze je czymś pobudzać, mieć jakąś motywację do odrobiny nauki, co by nie okazało się potem, że po tak długiej przerwie, nie jestem w stanie zebrać się w sobie do ponownej nauki. Szaleć znowuż też nie będę - ot od czasu do czasu coś tam się poduczę i będzie ok.

Kolejny cel obejmuje zapisanie się na prawko. Raz wsiadłam za kierownicę i czuję, że to właśnie TO! Kto by pomyślał, prawda? Na pewno nie ja :) Oczywiście, strach nadal jest i pewnie będzie nawet po zdaniu, ale powiedzcie... z ręką na sercu... kto go nie odczuwa? Wiosna tuż, tuż, śnieg stopnieje, zaświeci słoneczko, zero duchoty ani przenikającego wskroś zimna - idealny czas na jazdy. Jest jeszcze jeden plan, który chciałabym ziścić, jednak zawsze był odkładany z powodu braku czasu. A mianowicie chodzi o naukę pewnego języka. Języka, którego zawsze chciałam się nauczyć i, z którym miałam okazję się zaznajomić przez króciutką chwilę. W międzyczasie pewnie pójdę do pracy tu i tam, by zarobić na te czy inne plany. A od października życie popłynie utartym schematem, czy jak kto woli pierwotnym planem na życie.

A teraz wracam do filmu: "O północy w Paryżu". W taki dzień jak ten, zimny i wietrzny, preferuję rozrywkę w czterech ścianach zacisza domowego. Na samo wspomnienie dzisiejszego poranka i hulającego wiatru, głowa boli jakbym to teraz stała i dostawała nim prosto w twarz - i przy okazji wszędzie, gdzie zdoła whulać. Tymczasem zapraszam na ciekawą recenzję filmu <KLIK> i naturalnie, pozdrawiam cieplutko.

piątek, 6 stycznia 2012

47. Po powrocie...

... ze świątecznej laby wpadłam w ramiona studenckiego, ciężkiego żywota. Jak dobrze, że dziś wolne...
Znów muszę uczyć się wstawać o poranku, zajmować tysiącem ważnych spraw, wkuwać do potęgi n-tej i myśleć co będzie, jak polegnę. Męczy mnie to przeokropnie, zwłaszcza, że zakosztowałam tyle czasu wolnego, kiedy nie musiałam się z niczym spieszyć, nic mnie nie ponaglało na siłę... Teraz znów muszę się przestawić w poprzedni tryb. Niestety obawiam się, że nie będzie łatwo... Najgorzej idzie mi z porannym wstawaniem, wszakże sen wprost uwielbiam - a niestety znów przyszło mi spać po 4-5 godzin. Dla mnie to stanowczo za mało... Tak samo jest z siedzeniem po 10 h na uczelni - koszmar, mówię Wam. Po sześciu godzinach nie jestem w stanie myśleć, a przede mną perspektywa kolejnych czterech... Ciężko będzie się przestawić...
Nie ma dziś weny, a chciałam opublikować coś innego... Niestety póki co musicie zadowolić się tym nędznym kawałkiem. Mam nadzieję, że wkrótce wróci mi chęć do pisania i wymodzę coś ciekawego :)
Tymczasem pozdrawiam i życzę miłego weekendu!

piątek, 30 grudnia 2011

43. Po studencku (znalezione w sieci) :D


 ***

Ksenko, nie mogę wysłać Ci maila! Jeśli zajrzysz tu, to proszę, wpisz w komentarzu swój adres e-mailowy.

środa, 28 grudnia 2011

42. Chudzielec

Niemożność zaśnięcia dobija mnie doszczętnie... Wczorajszej nocy, a właściwie już dzisiejszej położyłam się o 2, zasnęłam ok. 3.30... Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pobudka o 7.30... Kiedy chodzę na uczelnie 4-5-6 godzin snu to norma, ale przecież mam wolne...

Ten czas poświąteczny nigdy nie był mi tak potrzebny, jak teraz. Nie wiem jakbym wytrzymała powrót na studia po zaledwie trzech dniach wypoczynku... Kiedy zacznie się praca i całkiem dorosłe życie będę musiała się przyzwyczaić - czy tylko mnie przerażają takie drobnostki?

Piszę o tym, dlatego że dostałam dziś szansę na możliwość poświęcenia jednego z tych dni na pracę. Odmówiłam... Wiem, że pieniądze piechotą nie chodzą i każdy dodatkowy grosz w kieszeni jest mile widziany, ale zwyczajnie nie mam siły... Muszę zrobić projekt, a z moim talentem do informatyki jest to nie lada wyczyn zajmujący furę czasu, dodatkowo mam stos kserówek i innych arcyważnych rzeczy niezbędnych do nauki i przyszłej sesji, których jeszcze nawet nie zdążyłam przejrzeć... Najprawdopodobniej moja kariera na tychże studiach skończy się już niedługo, ale wolę się nastawiać na niemożliwą szansę, której zapewne nie dostanę (a może?), niż potem żałować, że olałam.

Skaczę z tematu na temat, więc myślę, że to odpowiednie miejsce, by przeskoczyć znów. Otóż nie mogę jeść czekolady... ani grama... Czy ktokolwiek z Was zastanawiał się jakie to uczucie nie móc wchłonąć nic, co zawiera w sobie coś tak pysznego...? Nie, tego nie da się wyobrazić, to trzeba przeżyć na własnej skórze... W życiu nie myślałam, że to może być aż tak trudne!

Otwieram szafkę z zamiarem umilenia sobie życia, a tam: czekolada, jedna, druga, trzecia, cukierki z czekoladą, ciasteczka z czekoladą, chipsy (nie lubię chipsów...), kolejne cukierki z czekoladą, mała bombonierka i wreszcie jest! Kruche ciasteczka posypane cukrem. Czyli jedyna rzecz, którą mogę spożyć... Właśnie zjadłam trzy - na śniadanie - zamiast czegoś pożywnego, bogatego w witaminy i odpowiedniego na tę porę dnia. Wybornie... A czekolada nadal siedzi w głowie... Do tej pory pamiętam ciepły płyn rozlewający się po podniebieniu i towarzyszącą mu bitą śmietanę - moje ostatnie coś z czekoladą. Bez dwóch zdań - jestem stuknięta.

Brat właśnie wyszedł do sklepu, przymilałam mu się jak nikt, by kupił mi lody. Uwielbiam lody i mogłabym je jeść non stop. Śmietankowe, owocowe, czekoladowe... Właściwie już nie czekoladowe... To może trzecia zima (choć czy można ją tak nazwać? wszakże śniegu brak), kiedy pozwalam sobie na jedzenie ich w tymże okresie. We wcześniejszych latach mogło skończyć się katastrofą. Wciąż mam w pamięci choróbsko, które unieruchomiło mnie w domu na miesiąc. A niby tylko przeziębienie... Do tej pory dziwię się, że nie wyplułam wtedy płuc i innych wnętrzności... Ale kończę już ten przesympatyczny opis.

Dziś na obiad pizza - znowu będziemy pół godziny zastanawiać się nad wyborem: z kurczakiem czy bez? z podwójnym serem? z ananasem, kukurydzą, a może... papryką? - uwielbiam takie dylematy!

Niemalże cały wpis wyszedł o jedzeniu... I kto mi teraz uwierzy, że nie przypominam piłeczki, a wskaźnik BMI wskazuje brak kilku kilo do odpowiedniej wagi? No kto? :) Pyta chudzielec.
(PS. Dziś mam chyba jakiś kryzys jedzeniowy czy jak to nazwać - nigdy nie myślę o tym aż tyle, co teraz (o jedzeniu, rzecz jasna!))

czwartek, 17 listopada 2011

36. Nie mając pomysłu na tytuł...

Od ostatniego postu znowu minęło trochę czasu. Powód jest banalny. Życie studenckie pochłonęło mnie całkowicie. Uczelnia od rana do wieczora, weekendy spędzone na nauce i, od czasu do czasu, zabawie. Jest ciężko. Bardzo ciężko. Wiedziałam, że tak będzie, ale nie myślałam, że aż tak. Czasem myślę, że nie dam rady... ale się nie poddaję. Nigdy. Wiem, że MUSZĘ sobie poradzić. Innego wyjścia nie mam. Przy życiu trzyma mnie myśl, że jeśli się uda skończyć te studia, znaleźć dobrą pracę - postaram się spełnić swoje marzenie. Takie marzenie, o którym długo nie chciałam nawet myśleć, bo wydawało mi się nierealne. Teraz chcę, by była to nagroda za te lata poświęceń. Piękne marzenie kradnące kilka godzin z każdego tygodnia. Uch już nie mogę się doczekać! Kiedy jest naprawdę źle i mam wrażenie, że nie podołam, karmię się tą myślą i zbieram szybko w sobie, by dalej uczyć się i uczyć. Dziwię się, że jeszcze nie zwariowałam, przy takim trybie życia to całkowicie możliwe... Śpię po pięć, góra sześć godzin, raz na tydzień-dwa wychodzę na całą noc, więc nie śpię w ogóle. Czasami mam wrażenie, że dłużej tak nie pociągnę... a wtedy kładę się do łóżka, zamykam oczy i wegetuję przez godzinę, dwie. Nikt ani nic nie jest w stanie zmusić mnie do wstania, odezwania się. Jestem jakby w stanie hibernacji :) Naprawdę dziwny stan... w każdym razie, gdy już wygramolę się z łóżka, odczekam pół godzinki, jestem jak nowo narodzona. Autentycznie! Takiego "zawieszenia" potrzebuję raz na jeden lub dwa tygodnie. Dzięki temu wszystkiemu jeszcze nie zwariowałam :) A mówili, że czas studiów, to czas pełen zabaw i uciech :D

wtorek, 18 października 2011

34. Nudy na pudy :)

Korzystając z kilku sekund wolnego czasu weszłam na bloga, przeczytałam Wasze komentarze - dziękuję za wszystkie razem i za każdy z osobna.
Praktycznie od miesiąca nie ma mnie tu w ogóle. Życie kręci się jak w kołowrotku, dzień za dniem mija szybko, za szybko... Żyję na pełnych obrotach, a czuję, że mi mało. Brakuje mi tego szaleńczego biegu, w jakim nigdy nie uczestniczyłam. Za tydzień gdy przeczytam te słowa, pewnie puknę się w głowę i pomyślę "jeszcze Ci mało?! chyba zwariowałaś!" i wiem, że będzie to prawda.
Nie mam czasu na nic. Dosłownie. Chwile kiedy mogę zaszyć się gdzieś należą do nielicznych. Obiecałam sobie, że choć raz w tygodniu odpocznę. I co? I jajco. :) Mój "grafik" napiął się tak, że pierwszy wolny dzień widzę gdzieś w środku listopada... albo pod koniec... Hmm... nie mam pojęcia, jak to się stało... Przecież to niemożliwe, by w całym październiku nie mieć takiego dnia, prawda? A jednak możliwe.
Kończę dziś szybko, bo właśnie zauważyłam, że mija dziesięć minut od napisania pierwszego słowa! A tu jeszcze tyyyyyle do zrobienia... Buziaki, kochani, trzymajcie się ciepło i ubierajcie odpowiednio do pogody!

wtorek, 11 października 2011

33. Nic nowego, czyli dalej o studiowaniu

Żyję. Tak, śmiało można określić mnie tym słowem. Co w nim dziwnego? To, że wyglądam jak trup bądź inne straszydło.
Nawet w najgorszych koszmarach nie przyszłoby mi do głowy, że studia mogą tak wyglądać... Nie da się ukryć - porwałam się z motyką na Słońce. Będzie ciężko, ciężej niż innym, i widzę to już, choć minęło zaledwie kilka dni. Sypiam po 4-5 godzin dziennie, na szczęście nie tylko przez naukę :) Aczkolwiek, niestety, w większej części.
Wiecie, obiecałam sobie, że jeden dzień w tygodniu, czyli pewnie niedzielę, poświęcę na całkowite nic nierobienie. Może się z kimś spotkam, może spędzę ten dzień przy kubku kawy, oglądając film, a może zwyczajnie odeśpię to, czego nie przespałam w pozostałych dniach tygodnia. Ten dzień będzie bez "muszę" i zastąpi go "chcę". Dobry pomysł, prawda? Szkoda tylko, że po przeanalizowaniu tego faktu, wyszło mi, że będę mogła wprowadzić go w życie... 30. października :) A do tej pory muszę sobie jakoś radzić.
Żeby nie było - są jeszcze plusy. Chociażby to, że poznaję mnóstwo nowych osób. Mój "zmysł psychologiczny" jest uaktywniony na maksa. Analizuję ludzi, oglądam, "szperam" w nich. Coś cudownego!
 Wiem, że jestem zdana na siebie. Czuję to! I jest to cudowne uczucie. Decyduję o sobie, dużo doświadczam i cały czas jestem w biegu. Bez ustanku. Patrzę i widzę - chociażby to, jak oceniają mnie ludzie. Z reguły jest to odbiór pozytywny :) Dowiedziałam się o sobie mnóstwo rzeczy. Na dzień dzisiejszy, po tym, co przeżyłam do tej pory (i nie chodzi tu o studia...), wiem, że jestem silna. Czuję tę siłę w sobie. To na pewno pomogło mi w tych pierwszych dniach. Odwaga, pewność siebie - to dobre cechy, a ja wiem, że je mam. Teraz wiem... bo trochę czasu temu nie byłam tego taka pewna... nie byłam pewna siebie i swojego ja. Byłam rozchwiana. A to jedne z tych trudniejszych sytuacji do wyeliminowania.
Cóż mogę więcej powiedzieć... jest tyle do napisania, że gdybym miała czas, spędziłabym tu jeszcze całą noc, wyżywając się na klawiaturze. Sam ostatni tydzień był pełen wrażeń. Jednak mimo pośpiechu i wielkiego chaosu związanego z uczelnią, życiem prywatnym, mimo ciągłego niewyspania, zamętu myśli, mimo całej reszty - cieszę się, że jestem tu, gdzie jestem.
I z niecierpliwością czekam na kolejne dni, tygodnie, miesiące, lata.

środa, 7 września 2011

27. Denerwuję się!


Za niecały miesiąc rozpoczną się studia. Dostałam się na kierunek cholernie trudny i ciężki, jak diabli. Nie jestem orłem w tej dziedzinie, choć całkowitym laikiem także nie. Jednak nie zmienia to faktu, że raczej ciągnę w dół. Jasne, mogłabym iść na te inne kierunki, dużo prostsze i łatwiejsze... Jednak czy nie lepiej być średniakiem wśród naprawdę dobrych, od tego lepszego wśród słabych? Chyba lepiej, co nie? Tak więc dziś umieram ze strachu. No dobrze, nie umieram... Po prostu czuję niepokój. Lekki niepokój, który z czasem zamieni się w większy, a pod koniec września będzie kolosalny. I jeszcze te opinie... o kierunku, uczelni. Wiecie, że uczelnia ta zajmuje jedno z pierwszych miejsc w różnorakich rankingach? Właśnie, i idę tam ja... I muszę się jakoś utrzymać, przeżyć, dać radę. Na kierunku, w którym po pierwszym roku odpada 1/3 osób, a raczej sama rezygnuje. Ja zrezygnować nie mogę, nie chcę. Przeraża mnie to wszystko... Nie wiem, jak będzie, ale czuję, że póki nie będę o tym myśleć, będzie dobrze. Jednakże ile można odpychać od siebie myśl o studiowaniu? Wczoraj dowiedziałam się, jak wygląda zwykły tydzień studiowania takiej właśnie osoby, jak ja. I cóż, nie był to tydzień pełen uciech, radości i zabawy. Wręcz przeciwnie... Dlatego dziś nachodzi mnie takie pytanie: CO JA NAJLEPSZEGO ZROBIŁAM?

środa, 31 sierpnia 2011

25. Zebrana odpowiedź na komentarze pod ostatnim postem

Z racji tego, że dużo mam na ten temat do powiedzenia, postanowiłam, że zespolę swoje odpowiedzi w jedną, nową notatkę. I tak oto powstał ten wpis.
A więc zaczynam:

Lena - psy także budzą we mnie lęk... Dawno temu, byłam wtedy dzieckiem, przeżyłam pewną sytuację. Zawiodłam się na ludziach, zaczęłam bać psów. I tak to się ciągnie do dziś... Już jest lepiej, ale wciąż idąc ulicą, widząc gdzieś czworonoga w wyobraźni staje mi obraz, jak rzuca się na mnie i łapie zębiskami. Tak naprawdę był tylko jeden psiak, którego się nie bałam... 

Joanna - mój strach jest na tyle skontrolowany, że odgrywa się we mnie, w środku. Nie widać go na zewnątrz. Jedynie w nocy, gdy leżę już w łóżku, sama w pokoju, a nade mną tylko sufit, o który obija się deszcz, wiatr... wtedy tracę nad sobą kontrolę i często chowam się, jak najbardziej się da. 

Emily - doskonale rozumiem Twoją... hmm... przypadłość. Rozumiem, bo widząc żaby, ropuchy, pająki, glisty, komary, KONIKI POLNE - mam tak samo. Odskakuję, piszczę, dostaję dreszczy... Niestety... 

Pamba - dlaczego? Co jest tak urokliwego w posiadaniu fobii? Co sprawia, że chciałbyś jakąś mieć? To naprawdę uprzykrza życie... 

Paulinab - czasem myślę, że dostałam wszystkie możliwe przypadłości... Krwi też się brzydzę i czasem robi mi się miękko w kolanach, kiedy widzę igłę. Nawet w telewizji... Nie mówiąc już o rozciętym brzuchu czy innych częściach ciała.
Kiedyś oglądałam film. Mężczyzna grał w koszykówkę, lekko się potknął, zdarł trochę naskórka z kolana, pokazało się parę kropel krwi, a mnie już ścięło z nóg i czułam niemiłe wirowanie w głowie...
Gdyby nie to, że siedziałam, pewnie szybko znalazłabym się na podłodze. 


Mentalna - codziennie stawiam temu czoła i cóż, może jest już lepiej, ale daleko do całkowitego zakończenia tych zachowań, odczuć. I obawiam się, że owy koniec nie nastąpi nigdy... Wcale bym się temu nie zdziwiła. 

Ana - u mnie tych "tchórzy" zdecydowanie zbyt dużo. I nie mówię tu o tym, co opisałam w poprzedniej notce, ani nawet w tej...

~~~

Jutro 1. września, pierwszy dzień szkoły. Tym których to czeka życzę wiele sił na nadchodzące 10 miesięcy nauki. Na mnie jeszcze nie czas, został mi miesiąc wypoczynku, ale już czuję - będzie to ciężki rok...