I nadszedł maj, z majem matura, na którą nic nie powtórzyłam. Tak się złożyło, że się nie złożyło... Nie pisałam o niczym na blogu, ale nie miałam jak się uczyć. A jak miałam, to chęci brakło. Iść/nie iść? Nie wiem co robić...
Odliczanie znów muszę zacząć od nowa. Beznadziejnie...
Kolejny raz odpłynęłam od bloga, ale były ku temu powody. Nie odwiedzałam Was nawet po cichu... Pod koniec tygodnia postaram się wszystko nadrobić, także nie zdziwcie się jeśli dostaniecie komentarze do starych postów.
Jestem zmęczona... Ale co z tego, skoro sen nie nadchodzi? Ostatnio zamiast wiercić się w łóżku bez sensu, czytać albo siedzieć przy komputerze, z godziną 01:00 kładę się do łózka i przez dwie godziny słucham radia. O tej porze lecą zwykle polskie piosenki, co bardzo mi odpowiada. Dzięki radiu poznałam nowe, o których nawet nie miałam pojęcia, że mogą istnieć.
Znacie może jakieś audycje warte przesłuchania? O tej porze niestety nie wyhaczyłam jeszcze nic.
Szukam pracy, tak na porządnie. Od kilku dni rozglądam się bardziej wnikliwie. Korepetycje i to, co dotychczas robiłam to za mało.
Co może robić dziewczyna bez udokumentowanego doświadczenia? Ciągle się zastanawiam...
I jak w krótkim CV zawrzeć tyle, aby ktoś się mną zainteresował? Szukam odpowiedzi, ale nie jest to zbyt proste.
Mnóstwo przemyśleń nawiedziło mnie w ostatnim czasie. Na razie nie rozwijam... Może z czasem.
Zdecydowałam się na kilka zmian w swoim życiu. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy. Oby coś pozytywnego...
Piosenka z radia >KLIK< Czy wg Was jest o samobójstwie czy tylko ja mam takie wrażenie?
... i zapomniałam co miałam jeszcze dodać, więc już skończę. Do poczytania wkrótce.
[0...]
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 6 maja 2012
69. W telegraficznym skrócie
Etykiety:
bezsenność,
matura,
muzyka,
nauka,
odliczanie,
piosenka,
praca,
zmiany
sobota, 28 stycznia 2012
50. Panna S. i pochodne
Wraz z pierwszym odważnym śniegiem w progi mego jestestwa zawitała Panna Sesja. Wyciągnęła łapki w mą stronę, odrzuciła kokieteryjnie główkę i z uśmiechem na ustach powiedziała "witaj!". Rozpanoszyła się wokół mnie na dobre, rozpylając zapach swych perfum wszędzie, gdzie tylko zdołała się dostać. Ale nie! Nie dajcie się zwieść jej niewinnej mince, kokieteryjnych oczach i niedbale rozpuszczonych włosach... Bowiem Panienka ta, sprawiająca wrażenie pięknej dziewoi, w rzeczywistości jest wredną, starą czarownicą. A brak snu, który notorycznie przy Pannie towarzyszy, wcale nie jest skutkiem szalonych zabaw i niegroźnych szaleństw... Jak te pozory potrafią zmylić...
Z początkiem nowego tygodnia idę do szkoły zgłosić chęć poprawy matury. Wiele osób pewnie zapyta, na co mi to? Cóż, wyznaczyłam sobie nowe cele, skoro poprzedni plan zawiódł. W przyszłym roku zacznę nowe studia, z pewnością prostsze od tych, na których jestem teraz. Nie żałuję, że jestem, gdzie jestem. Pewnie gdybym nie spróbowała, do końca życia miałabym do siebie żal... Ale nie nadaję się do tego, czym teraz się zajmuję - czuję to. Studiowanie nie sprawia mi żadnej przyjemności. Jest tylko ulga, kiedy od czasu do czasu okazywało się, że coś potrafię. Ale to za mało... dużo za mało... Dlatego od przyszłego roku akademickiego zaczynam coś innego, gdzieś indziej. Mam nadzieję, że tym razem nie chybię...
Wracając do matury - chcę ją poprawić wcale nie dlatego, by mieć lepsze wyniki na papierku. No dobrze, na pewno sprawą pozytywną będzie fakt posiadania lepszych cyferek, ale szczerze mówiąc nie jest to dla mnie zbyt ważne... Po prostu stwierdziłam, że skoro wylecę, to musze czymś się zając przez te pół roku, prawda? Przecież nie będę siedzieć i nic nie robić, bo chyba by mnie szlag trafił (albo insze cholerstwo). Bojąc się także o swoje szare komórki, musze je czymś pobudzać, mieć jakąś motywację do odrobiny nauki, co by nie okazało się potem, że po tak długiej przerwie, nie jestem w stanie zebrać się w sobie do ponownej nauki. Szaleć znowuż też nie będę - ot od czasu do czasu coś tam się poduczę i będzie ok.
Kolejny cel obejmuje zapisanie się na prawko. Raz wsiadłam za kierownicę i czuję, że to właśnie TO! Kto by pomyślał, prawda? Na pewno nie ja :) Oczywiście, strach nadal jest i pewnie będzie nawet po zdaniu, ale powiedzcie... z ręką na sercu... kto go nie odczuwa? Wiosna tuż, tuż, śnieg stopnieje, zaświeci słoneczko, zero duchoty ani przenikającego wskroś zimna - idealny czas na jazdy. Jest jeszcze jeden plan, który chciałabym ziścić, jednak zawsze był odkładany z powodu braku czasu. A mianowicie chodzi o naukę pewnego języka. Języka, którego zawsze chciałam się nauczyć i, z którym miałam okazję się zaznajomić przez króciutką chwilę. W międzyczasie pewnie pójdę do pracy tu i tam, by zarobić na te czy inne plany. A od października życie popłynie utartym schematem, czy jak kto woli pierwotnym planem na życie.
A teraz wracam do filmu: "O północy w Paryżu". W taki dzień jak ten, zimny i wietrzny, preferuję rozrywkę w czterech ścianach zacisza domowego. Na samo wspomnienie dzisiejszego poranka i hulającego wiatru, głowa boli jakbym to teraz stała i dostawała nim prosto w twarz - i przy okazji wszędzie, gdzie zdoła whulać. Tymczasem zapraszam na ciekawą recenzję filmu <KLIK> i naturalnie, pozdrawiam cieplutko.
Pierwszy egzamin za mną. Katastrofa. Katastrofa, której się spodziewałam. Nie powiem, że nie... Ale jakoś żal, że tyle pracy i wysiłku włożyłam w ten semestr... Przede mną kolejne egzaminy, które zapowiadają się jeszcze gorzej od pierwszego. Nie poddam się i zrobię tyle, ile się da. Choć czuję, że pójdzie to na marne... Wiedziałam, że tak to się skończy; że najprawdopodobniej wylecę przy pierwszej nadarzającej się okazji. To i tak cud, że z wszystkich przedmiotów zostałam dopuszczona do pierwszego terminu... Ale co z tego skoro moja przygoda z tą uczelnia, a raczej tym kierunkiem, powoli dobiega do końca? Powoli? Co ja mówię - bardzo szybko. Biegnie sprintem! Jednak miałam czas na pogodzenie się z tą sytuacją i nie jest źle. Nie aż tak, jak myślałam, że będzie.
Z początkiem nowego tygodnia idę do szkoły zgłosić chęć poprawy matury. Wiele osób pewnie zapyta, na co mi to? Cóż, wyznaczyłam sobie nowe cele, skoro poprzedni plan zawiódł. W przyszłym roku zacznę nowe studia, z pewnością prostsze od tych, na których jestem teraz. Nie żałuję, że jestem, gdzie jestem. Pewnie gdybym nie spróbowała, do końca życia miałabym do siebie żal... Ale nie nadaję się do tego, czym teraz się zajmuję - czuję to. Studiowanie nie sprawia mi żadnej przyjemności. Jest tylko ulga, kiedy od czasu do czasu okazywało się, że coś potrafię. Ale to za mało... dużo za mało... Dlatego od przyszłego roku akademickiego zaczynam coś innego, gdzieś indziej. Mam nadzieję, że tym razem nie chybię...
Wracając do matury - chcę ją poprawić wcale nie dlatego, by mieć lepsze wyniki na papierku. No dobrze, na pewno sprawą pozytywną będzie fakt posiadania lepszych cyferek, ale szczerze mówiąc nie jest to dla mnie zbyt ważne... Po prostu stwierdziłam, że skoro wylecę, to musze czymś się zając przez te pół roku, prawda? Przecież nie będę siedzieć i nic nie robić, bo chyba by mnie szlag trafił (albo insze cholerstwo). Bojąc się także o swoje szare komórki, musze je czymś pobudzać, mieć jakąś motywację do odrobiny nauki, co by nie okazało się potem, że po tak długiej przerwie, nie jestem w stanie zebrać się w sobie do ponownej nauki. Szaleć znowuż też nie będę - ot od czasu do czasu coś tam się poduczę i będzie ok.
Kolejny cel obejmuje zapisanie się na prawko. Raz wsiadłam za kierownicę i czuję, że to właśnie TO! Kto by pomyślał, prawda? Na pewno nie ja :) Oczywiście, strach nadal jest i pewnie będzie nawet po zdaniu, ale powiedzcie... z ręką na sercu... kto go nie odczuwa? Wiosna tuż, tuż, śnieg stopnieje, zaświeci słoneczko, zero duchoty ani przenikającego wskroś zimna - idealny czas na jazdy. Jest jeszcze jeden plan, który chciałabym ziścić, jednak zawsze był odkładany z powodu braku czasu. A mianowicie chodzi o naukę pewnego języka. Języka, którego zawsze chciałam się nauczyć i, z którym miałam okazję się zaznajomić przez króciutką chwilę. W międzyczasie pewnie pójdę do pracy tu i tam, by zarobić na te czy inne plany. A od października życie popłynie utartym schematem, czy jak kto woli pierwotnym planem na życie.
A teraz wracam do filmu: "O północy w Paryżu". W taki dzień jak ten, zimny i wietrzny, preferuję rozrywkę w czterech ścianach zacisza domowego. Na samo wspomnienie dzisiejszego poranka i hulającego wiatru, głowa boli jakbym to teraz stała i dostawała nim prosto w twarz - i przy okazji wszędzie, gdzie zdoła whulać. Tymczasem zapraszam na ciekawą recenzję filmu <KLIK> i naturalnie, pozdrawiam cieplutko.
wtorek, 18 października 2011
34. Nudy na pudy :)
Korzystając z kilku sekund wolnego czasu weszłam na bloga, przeczytałam Wasze komentarze - dziękuję za wszystkie razem i za każdy z osobna.
Praktycznie od miesiąca nie ma mnie tu w ogóle. Życie kręci się jak w kołowrotku, dzień za dniem mija szybko, za szybko... Żyję na pełnych obrotach, a czuję, że mi mało. Brakuje mi tego szaleńczego biegu, w jakim nigdy nie uczestniczyłam. Za tydzień gdy przeczytam te słowa, pewnie puknę się w głowę i pomyślę "jeszcze Ci mało?! chyba zwariowałaś!" i wiem, że będzie to prawda.
Nie mam czasu na nic. Dosłownie. Chwile kiedy mogę zaszyć się gdzieś należą do nielicznych. Obiecałam sobie, że choć raz w tygodniu odpocznę. I co? I jajco. :) Mój "grafik" napiął się tak, że pierwszy wolny dzień widzę gdzieś w środku listopada... albo pod koniec... Hmm... nie mam pojęcia, jak to się stało... Przecież to niemożliwe, by w całym październiku nie mieć takiego dnia, prawda? A jednak możliwe.
Kończę dziś szybko, bo właśnie zauważyłam, że mija dziesięć minut od napisania pierwszego słowa! A tu jeszcze tyyyyyle do zrobienia... Buziaki, kochani, trzymajcie się ciepło i ubierajcie odpowiednio do pogody!
Praktycznie od miesiąca nie ma mnie tu w ogóle. Życie kręci się jak w kołowrotku, dzień za dniem mija szybko, za szybko... Żyję na pełnych obrotach, a czuję, że mi mało. Brakuje mi tego szaleńczego biegu, w jakim nigdy nie uczestniczyłam. Za tydzień gdy przeczytam te słowa, pewnie puknę się w głowę i pomyślę "jeszcze Ci mało?! chyba zwariowałaś!" i wiem, że będzie to prawda.
Nie mam czasu na nic. Dosłownie. Chwile kiedy mogę zaszyć się gdzieś należą do nielicznych. Obiecałam sobie, że choć raz w tygodniu odpocznę. I co? I jajco. :) Mój "grafik" napiął się tak, że pierwszy wolny dzień widzę gdzieś w środku listopada... albo pod koniec... Hmm... nie mam pojęcia, jak to się stało... Przecież to niemożliwe, by w całym październiku nie mieć takiego dnia, prawda? A jednak możliwe.
Kończę dziś szybko, bo właśnie zauważyłam, że mija dziesięć minut od napisania pierwszego słowa! A tu jeszcze tyyyyyle do zrobienia... Buziaki, kochani, trzymajcie się ciepło i ubierajcie odpowiednio do pogody!
wtorek, 11 października 2011
33. Nic nowego, czyli dalej o studiowaniu
Żyję. Tak, śmiało można określić mnie tym słowem. Co w nim dziwnego? To, że wyglądam jak trup bądź inne straszydło.
Nawet w najgorszych koszmarach nie przyszłoby mi do głowy, że studia mogą tak wyglądać... Nie da się ukryć - porwałam się z motyką na Słońce. Będzie ciężko, ciężej niż innym, i widzę to już, choć minęło zaledwie kilka dni. Sypiam po 4-5 godzin dziennie, na szczęście nie tylko przez naukę :) Aczkolwiek, niestety, w większej części.
Wiecie, obiecałam sobie, że jeden dzień w tygodniu, czyli pewnie niedzielę, poświęcę na całkowite nic nierobienie. Może się z kimś spotkam, może spędzę ten dzień przy kubku kawy, oglądając film, a może zwyczajnie odeśpię to, czego nie przespałam w pozostałych dniach tygodnia. Ten dzień będzie bez "muszę" i zastąpi go "chcę". Dobry pomysł, prawda? Szkoda tylko, że po przeanalizowaniu tego faktu, wyszło mi, że będę mogła wprowadzić go w życie... 30. października :) A do tej pory muszę sobie jakoś radzić.
Żeby nie było - są jeszcze plusy. Chociażby to, że poznaję mnóstwo nowych osób. Mój "zmysł psychologiczny" jest uaktywniony na maksa. Analizuję ludzi, oglądam, "szperam" w nich. Coś cudownego!
Wiem, że jestem zdana na siebie. Czuję to! I jest to cudowne uczucie. Decyduję o sobie, dużo doświadczam i cały czas jestem w biegu. Bez ustanku. Patrzę i widzę - chociażby to, jak oceniają mnie ludzie. Z reguły jest to odbiór pozytywny :) Dowiedziałam się o sobie mnóstwo rzeczy. Na dzień dzisiejszy, po tym, co przeżyłam do tej pory (i nie chodzi tu o studia...), wiem, że jestem silna. Czuję tę siłę w sobie. To na pewno pomogło mi w tych pierwszych dniach. Odwaga, pewność siebie - to dobre cechy, a ja wiem, że je mam. Teraz wiem... bo trochę czasu temu nie byłam tego taka pewna... nie byłam pewna siebie i swojego ja. Byłam rozchwiana. A to jedne z tych trudniejszych sytuacji do wyeliminowania.
Cóż mogę więcej powiedzieć... jest tyle do napisania, że gdybym miała czas, spędziłabym tu jeszcze całą noc, wyżywając się na klawiaturze. Sam ostatni tydzień był pełen wrażeń. Jednak mimo pośpiechu i wielkiego chaosu związanego z uczelnią, życiem prywatnym, mimo ciągłego niewyspania, zamętu myśli, mimo całej reszty - cieszę się, że jestem tu, gdzie jestem.
I z niecierpliwością czekam na kolejne dni, tygodnie, miesiące, lata.
Etykiety:
chaos,
dojrzałość,
los,
nauka,
przemyślenia,
refleksje,
studia,
szkoła,
uczelnia,
wyznanie,
zadowolenie,
zaskoczenie,
życie
środa, 7 września 2011
27. Denerwuję się!
Za niecały miesiąc rozpoczną się studia. Dostałam się na kierunek cholernie trudny i ciężki, jak diabli. Nie jestem orłem w tej dziedzinie, choć całkowitym laikiem także nie. Jednak nie zmienia to faktu, że raczej ciągnę w dół. Jasne, mogłabym iść na te inne kierunki, dużo prostsze i łatwiejsze... Jednak czy nie lepiej być średniakiem wśród naprawdę dobrych, od tego lepszego wśród słabych? Chyba lepiej, co nie? Tak więc dziś umieram ze strachu. No dobrze, nie umieram... Po prostu czuję niepokój. Lekki niepokój, który z czasem zamieni się w większy, a pod koniec września będzie kolosalny. I jeszcze te opinie... o kierunku, uczelni. Wiecie, że uczelnia ta zajmuje jedno z pierwszych miejsc w różnorakich rankingach? Właśnie, i idę tam ja... I muszę się jakoś utrzymać, przeżyć, dać radę. Na kierunku, w którym po pierwszym roku odpada 1/3 osób, a raczej sama rezygnuje. Ja zrezygnować nie mogę, nie chcę. Przeraża mnie to wszystko... Nie wiem, jak będzie, ale czuję, że póki nie będę o tym myśleć, będzie dobrze. Jednakże ile można odpychać od siebie myśl o studiowaniu? Wczoraj dowiedziałam się, jak wygląda zwykły tydzień studiowania takiej właśnie osoby, jak ja. I cóż, nie był to tydzień pełen uciech, radości i zabawy. Wręcz przeciwnie... Dlatego dziś nachodzi mnie takie pytanie: CO JA NAJLEPSZEGO ZROBIŁAM?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
