Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypadek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypadek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 września 2012

89. Kolejne sprawozdanie

Dawno mnie tu nie było... Zepsuł się komputer, ja nadal w gipsie, jakieś komplikacje. Kolejna wizyta u chirurga. Prawko się odwleka. Nie wyjechałam nigdzie na wakacje, nawet na głupie trzy dni. Kolejne problemy, o których nie chcę pisać. Jedne małe, inne dużo większe. Wszystko to sprawia, że nie czuję się najlepiej. I psychicznie, i fizycznie. Lekarz mówi, że powinnam leżeć, koniecznie z nogą pół metra wyżej - ale jak to zrobić kiedy nawet nie mam łóżka? Przedwczoraj miałam kryzys. Dotarło do mnie mnóstwo przykrych rzeczy, o których na co dzień się nie myśli. Brakuje mi tlenu, świeżego powietrza. Jestem zamknięta w czterech ścianach i mam już dość. Mam żal do siostry za to, [...]. Dalsza część jutro albo kiedyś tam.

Co do ostatniej notatki o pocałunku... Sama nie wiem jak to się stało, ale stało się. :-) Na ulicy na pewno bym go nie poznała, ale i tak nie żałuję.

piątek, 17 sierpnia 2012

85. A to było tak...

W poniedziałek schodząc po raz 3 albo nawet 4 (w każdym razie któryś z kolei) - ze schodów, naturalnie - coś się stało, ale nie wiem co... Tak czy siak bum i dopiero na podłodze odzyskałam świadomość istnienia. Zdziwiona byłam co niemiara, bo wylądowałam całym ciałem na panelach, a zwykle przy takich okazjach (tzn przy przypadkowych sfrunięciach) spadam na dwie łapy potocznie zwane nogami, i nie było nic. A tu boli i, o cholera, boli jeszcze mocniej! Wstałam, usiadłam, patrzę... No niby nic... Ale dalej boli... I boli... I co raz bardziej boli... Godzina około po 11, jeszcze więc nie myślę logicznie (tak to sobie tłumaczę) i... idę na schody, aby ponownie wspiąć się na górę. Nie bijcie!!! Jakoś samo tak... No dobra, weszłam, a tu dalej, uwaga, boli! No nic, kładę się, ostrożnie, żeby sobie bardziej nie zaszkodzić. Hahaha! No i leżę, ale dalej boli. Uczucie jakby ktoś żywcem mnie palił... Ogólnie, nie polecam. Tak czy siak coś zrobić trzeba, bo w oczach pierwsze łzy zaczęły się pojawiać, a to takie zniewieściałe i nielubiane przeze mnie... Więc biorę książkę, czytam, ostanie strony, a tu łzy lecą i nie chcą przestać, ale czytam twardo dalej. Godzina minęła, książki koniec... Boli inaczej, jakby trochę mniej... Schodzę więc na dół po tych samych schodach. Bokiem jakoś, bo mimo wszystko dalej boli znacznie. Patrzę, jakieś takie spuchnięte, powiększone w jednym miejscu. Dotykam delikatnie, ale nie boli szczególnie bardziej. Czuję, że coś złego się dzieje. Idę do łazienki, próbuję stać normalnie, zrobić coś, żeby wróciła pełna sprawność, ale jak na złość nic się nie zmienia... Informuję tylko domowników, że małym ludkiem na dam rady dziś się zająć. Pytania, mnóstwo pytań. I tak mija kolejna godzina. Aż wreszcie decyduję się pokazać siebie lekarzowi. O nie, wcale nie jestem taka odważna na jaką teraz wyglądam ;-) Zwyczajnie do opuchnięcia dochodzi dziwna kolorystyka... Najpierw szarości, później fiolet, aż wreszcie żółty! I to ten żółty bardzo mnie przestraszył... Po kolejnej godzinie ląduję w szpitalu. Chirurg mówi: "złamanie". A ja co? A ja... "ja nie chcę gipsu... ja nie chcę..." i znów oczy toną we łzach... Na lekarzu nie robi to wrażenia, więc postanawiam uciec. Niestety za bardzo boli, żeby wykonać tak spektakularne przedsięwzięcie, a i tak pewnie szybko zostałabym złapana :-( A więc w gipsie. O 16, po niecałej godzinie latania po różnych szpitalnych pokojach jestem w domu. Wybitnie nieszczęśliwa... I tak żyję do dziś, choć życiem ciężko to nazwać.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

84. Sfrunęłam ze schodów...

I teraz jestem "opakowana"...

czwartek, 2 lutego 2012

52. Koniec zagadki - koniec nowego życia

Polskę obiegła wiadomość, że mała sześciomiesięczna Magda nie żyje. Zagadka została rozwikłana... Matka upuściła dziecko, po czym włożyła je do wózeczka i wyszła. Zwłoki były ukryte pod drzewem. A ja zadaje sobie pytanie... czy dziecko już wtedy nie żyło? Czy umierało porzucone na zimnie i chłodzie?
Jak tak można? No jak? Wiem, szok, cała ta sytuacja... ale jak można porzucić własne maleństwo i z zimną krwią insynuować porwanie? Jakim trzeba być człowiekiem, żeby przez cały tydzień nie przyznać się do tego, co stało się w czeluściach własnego domu... bądź co bądź był to wypadek... Nieszczęśliwy wypadek...
I co czują dziadkowie małej dziewczynki, a ojciec? Czy kiedyś przestaną sobie wyrzucać to, co się stało? I jeszcze te podejrzenia - są w to zamieszani czy nie? Czy możliwe jest, żeby nie zauważyli nic dziwnego w zachowaniu kobiety? Mnóstwo pytań, zero odpowiedzi...
I najgorsze w tym wszystkim - może gdyby zachowała zimną krew, zadzwoniła po karetkę, wszystko potoczyłoby się inaczej... Czy kiedyś sobie wybaczy to, co się stało? Czy kiedyś będzie w stanie urodzić kolejne dziecko, opiekować się nim? Jak żyć ze świadomością, że przez siebie nie żyje własne maleństwo?
Wiecie, najokropniejsze w tym wszystkim jest to, że gdyby nie znaleziono zwłok, matka kłamałaby dalej... A wtedy... być może ktoś znalazłby owego wysokiego mężczyznę, być może ktoś taki faktycznie tamtędy szedł w tamtym czasie, być może zostałby oskarżony - a matka nic. Nic? Nic nie rozumiem...
A jak zwykle - karę poniosło dziecko...

środa, 3 sierpnia 2011

18. Wypadek i inne takie... - rozwinięcie

Dziękuję za komentarze pod ostatnim wpisem. Tak się składa, że postanowiłam publicznie zacząć się użalać nad sobą i co mnie bardzo zdziwiło... to przynosi efekty!!! Naprawdę! Niestety, udało mi się to tylko przez kilka minut, bo potem stwierdziłam, że jak zaraz czegoś nie zrobię, to mnie sieknie i umrę na miejscu od tego narzekania :P Nie wiem czemu jestem takim dziwnym człowiekiem, ale widać taka muszę być i już :) Nie umiem kwękać i użalać się nad sobą, kiedy wiem, że inni mają gorzej i za mój ból daliby się pokroić. Jest wiele osób cierpiących dużo bardziej ode mnie i gdyby tylko się dało chętnie zamieniliby się ze mną... Taka jest prawda. Moje "ała" kiedyś zniknie, nawet już znika, u innych być może nigdy...
Dziś jest tylko taki krótki wpis. Przy okazji muszę Wam wyjawić, że takie pisanie bardzo wciąga... Przez ostatnie dwa dni nie miałam dostępu do komputera i powiem Wam, że brakowało mi zapisywania różnych rzeczy. Tak się złożyło, że akurat teraz bardzo chciałam to zrobić... No ale nic - o tym, co i jak napiszę już następnym razem :)
Jeszcze tylko napomknę, że coraz bardziej zaczynam się orientować w tych wszystkich ustawieniach, co przełożyło się na kilka nowych "tabelek" widniejących z boku. A już myślałam, że nigdy tego nie załapię ;) Wkrótce pewnie zmieni tu się jeszcze bardziej. W sumie cieszę się, że sama grzebię i wybieram tylko to, co mi potrzebne. No i nie jest to trudne - co dla takiego osła technicznego, jak ja, jest niewątpliwym plusem :P
A miało być krótko :) No to pozdrawiam i idę poczytać o tym, co dzieje się u Was.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

17. Wypadek i inne takie...


Miałam mały wypadek. Wypadek, którego wypadkiem nazwać nie można. Niestety innego słowa wymyślić nie umiem . "Wydarzenie" tu nie pasuje ze względu na małą negatywność. Krew była? Była. Ból był? Był. Samochód był? Nie było :P Ale przecież wypadki są różne, prawda? Więc zostanie wypadek. A teraz do sedna. Otóż tak się składa, że aktualnie nie mogę chodzić. Znaczy mogę, ale i nie mogę. Mogę, bo jestem w stanie się ruszać. Nie mogę, bo niesie to ze sobą okropny ból. Mimo to chodzę, kuśtykam, skaczę, czołgam się, udaję psa, kota czy innego czworonoga, ale chodzę. Czuję, że muszę. Chociaż chwilę... Myślę, że za około tydzień, dwa będzie już ok. I zapomnę... Bo na razie... ech szkoda nawet mówić... Każde wejście do łóżka kończy się płaczem. Mam tak rozstawione pomieszczenia w mieszkaniu, że aby dostać się do swej tajemnej alkowy muszę zrobić to sama stojąc na obu nogach. Wiem, dziwnie to brzmi, ale wyjaśniać mi się nie chce. Poza tym pewnie i tak nic bym nie wyjaśniła. W każdym razie boli wtedy jak... hmm... bardzo. To powinno wystarczyć. Pochwalę się, że raz mi się udało nie uronić ani jednej łzy :) Pozostałe dni nie były tak łaskawe... Nieważne. Zawsze mogło być gorzej, prawda? Prawda. Na szczęście już jest coraz lepiej i przynajmniej na jednej nodze mogę stać. A potem z każdym dniem będzie jeszcze lepiej i jeszcze, aż w końcu ten koszmar się skończy. Teraz już mówię o tym bez emocji. Minął ponad tydzień i zdążyłam się przyzwyczaić. Dziś nawet przesuwałam szafę :) No może nie szafę, a szafkę. Mniejszą ode mnie, dwoje drzwiczek, więc nie było tak źle. Oparłam się całym ciałem i jakoś poszło. Nie lubię się poddawać... Niestety, jak zdążyłam zauważyć nie jest to dobra postawa. W związku z tym, że mnie bardzo boli, od ponad tygodnia praktycznie siedzę w domu. Wyszłam tylko dwa razy. Raz by uzupełnić papiery na uczelni, drugi raz po to samo. I gdyby nie samochód i czyjaś pomoc, nie zrobiłabym tego... Nie umiem i nie lubię chodzić o kulach. No dobrze, umiem, ale nie chcę. Zaciskam zęby i staram się chodzić sama na własnych nogach. Co nierzadko kończy się opuchlizną... Trudno... Niestety, to że praktycznie nie widać po mnie bólu, a nawet jeśli to znikomą jego część, sprawia, że mało osób wierzy w to, że naprawdę boli... To, jak chodzę to przesada? Ok, zamieńmy się. Chętnie posłucham Twoich jęków i opowieści o wrażeniach... Zobaczymy co poczujesz... Dziś siostra, własna siostra potraktowała mnie tak, że nie wytrzymałam. I mimo że staram się nie płakać, dziś łzy poleciały same... Nie rozumiem tego. Kiedy ona chodziła o kulach ja się z niej nie śmiałam. Dlaczego więc? No dlaczego? Co ja jej takiego zrobiłam? Też bym chciała wyjść z domu, bawić się beztrosko... Niestety, z powodu tego wypadku musiałam odwołać wszystkie spotkania, zrezygnować ze wszystkich imprez. Nie jest mi łatwo... A ona jeszcze mi docina, że ciągle siedzę w domu... No jak mam wyjść? Kiedy nawet po schodach ciężko mi zejść i każde takie zejście kończy się kolejną opuchlizną... Tak, mam szczupłe stópki (i ciężko mi znaleźć jakiekolwiek buty, które by ze mnie nie spadały...) i kiedy mi spuchną wyglądają tak, jak u każdego innego człowieka. Dopiero kiedy obie przysunę do siebie, widać różnicę i wytrzeszczone oczy innych ludzi. Ano faktycznie, spuchnięte! No a niby czemu miałabym kłamać, gdyby tak nie było? Ludzie ocknijcie się... Ostatnie 2,5 tygodnia nie było dla mnie dobre... Można to nawet zaobserwować w notatkach na blogu. Nie miałam wtedy ochoty na zbyt wiele kontaktu z innymi. Parę spotkań, nic więcej. Problemy mnie przytłoczyły, zamknęłam się w sobie i rozwiązałam je. Teraz jest już dobrze. Bardzo dobrze :) Udało mi się przezwyciężyć trudności. Nie jest idealnie i nie jest tak, jakbym chciała, aby było. Ale jest. Czy to nie cudowne? Udało mi się! Udało! Nie spodziewałam się tego... A jednak... Niestety, dla mojej siostry najważniejszy jest fakt, że me życie towarzyskie nie było aktywne dzień w dzień, że wolałam się wyciszyć, usunąć. Mi to nie przeszkadza... Rozwiązałam swój problem! Dla mnie to w tej chwili najważniejsze... Najważniejsze. Naprawdę! Może gdybym pokazała po sobie jak bardzo tamten kłopot na mnie wpłynął, jak bardzo było mi źle... może wtedy spojrzałaby na to inaczej... Jednak smutne jest to, że to własna siostra tak mi dokucza... Trudno. W tej chwili najważniejsze dla mnie jest to, bym zaczęła normalnie chodzić. Nie tak, jak do tej pory... Trzymajcie kciuki, jeśli możecie. Pozdrawiam i dobranoc. Może dziś wejście do łóżka przestanie wywoływać łzy...

PS. Dziś mijają dokładnie dwa miesiące od założenia bloga, a ja czuję się jakbym pierwszy post pisała wczoraj... Dziwnie mi.